ROZDZIAŁ 2



            Melody wzięła głęboki oddech i przekroczyła bramę szkoły, zmierzając powoli w kierunku budynku. Dzisiaj był jej pierwszy dzień, więc nieco się denerwowała. Wcześniej jeszcze musiała odprowadzić brata do jego szkoły i wstąpić do piekarni po świeże bułki. Teraz rozglądała się dookoła usiłując znaleźć Georga, który obiecał, że ją oprowadzi po szkole. Niestety nigdzie go nie zobaczyła. Zagryzła lekko wargę i wkroczyła do budynku.
            Stała się głównym obiektem zainteresowania, co ją jeszcze bardziej zestresowało. Starała się ignorować wszystkie ciekawskie spojrzenia rzucane w kierunku Melody. Zacisnęła pięści i wpadła na kogoś.
            - Przepraszam, nie chciałam… - zaczęła mamrotać pod nosem, a gdy uniosła wzrok uśmiechnęła się.
            - Cześć mała. – rzucił George z promiennym uśmiechem na twarzy. – Gotowa na zwiedzanie?
            - Zawsze. – odpowiedziała udając, że wcale nie drży z przerażenia. Rozejrzała się nerwowo dookoła oceniając sytuację, czy nadal się na nią gapią. Gapili.
            - Nie denerwuj się tak. – wywrócił teatralnie oczami i dał jej kuksańca w bok. – Chodźmy. – powiedział trzymając Melody za rękę.
            Oprowadził ją po szkole, pokazując przy tym stołówkę, boiska na zewnątrz szkoły oraz wewnątrz, mały ogród stworzony dla kółka przyrodniczego znajdujący się na tyłach budynku. Znaleźli wspólnie szafkę dziewczyny, która była tuż koło audytorium. Aż w końcu dotarli do sali, gdzie miała odbyć się pierwsza lekcja Melody. Wzięła głęboki oddech i niepewnie spojrzała na Georga.
            - Dasz sobie radę. – dodał jej otuchy. – Tu wcale nie jest tak strasznie, możesz mi wierzyć. Nie ma czego się bać.
            - Jasne.. – powiedziała Mel bez przekonania.
            Może dla Georga, który jak zdążyła zauważyć jest bardzo popularny w szkole, to nic trudnego, ale nie dla Melody. Dziewczyna bała się, że powie coś głupiego, albo że nikt jej nie polubi. Minęła blondyna i omiotła wzrokiem całą salę w poszukiwaniu wolnego miejsca. Znalazła je w drugiej ławce pod oknem, obok roześmianej szatynki.
            Podążyła w tym kierunku i usiadła na krześle, a w tym samym czasie zadzwonił dzwonek oznajmiający koniec przerwy, a początek lekcji. Dziewczyna obok spojrzała ukradkiem na Melody, po czym skupiła swój wzrok na przystojnym nauczycielu, który właśnie wszedł do klasy. Wszystkie dziewczęta odruchowo westchnęły i spoglądały na niego uśmiechając się zalotnie oraz mrugając powiekami dla doskonalszego efektu.
            - Dzień dobry. – powiedział, a jego głos był niski i głęboki, co jeszcze bardziej fascynowało dziewczyny. – Chciałbym przedstawić naszą nową uczennicę, Melody Evans.
            „No nie!” – jęknęła dziewczyna w myślach i uśmiechnęła się nerwowo miętoląc sznurek od swetra. Spuściła wzrok, licząc na to iż nie każe jej się przedstawiać i opowiedzieć czegoś o sobie. Po prostu miała nadzieje, że choć przez chwilę stanie się niewidzialna.
            - Natomiast dzisiaj zaczynamy nowy temat. – powiedział i zaczął go pisać na tablicy.
            Melody usłyszała jak dziewczyna za nią wzdycha kusząco i szepcze do swojej przyjaciółki „Jaki on jest seksowny..”. Brunetka spojrzała na mężczyznę, pragnąć dowiedzieć się co takiego inne rówieśniczki w nim widzą, ale niestety – nie udało jej się to. Czy to znaczyło, że jest jakaś inna? Może też powinna do niego wzdychać i wtopić się w tłum? Przez chwilę wyobraziła sobie nauczyciela jako przystojnego Josha z Chciago i westchnęła, ale rzeczywistość wróciła szybciej. Otrząsnęła się z tego stanu i rozejrzała po całej klasie.
            Nikt nie zwracał na nią uwagi. W duchu ucieszyła się bardzo z tego i wyjęła notatnik. Chwyciła za ołówek i zaczęła pisać pierwsze myśli, które nasunęły jej się do głowy.
            Otoczona murami twardych umysłów, staram się dostrzec chociaż przebłyski fantastycznego świata. Gdzie ci marzyciele? Gdzie ci optymiści? Czyżby ich gatunek wyginął ? Nie. Nie mogło do tego dojść, ponieważ jestem jeszcze ja – a Melody Evans się nie poddaje. O nie.
            - Przeszkadzam Ci? – nade mną stał nauczyciel i patrzył mi centralnie w zeszyt.
            Policzki zaczęły mnie niesamowicie piec, a wewnątrz zrobiło się nagle gorąco. Potrzebowałam powietrza. Nie miałam odwagi spojrzeć mu w twarz, ale czułam jak pozostała część klasy niemal ciska piorunami we mnie.
            - Prze-praszam. – wymamrotałam pod nosem i modliłam się, aby ziemia mnie pochłonęła.
            - Oddaj zeszyt. – powiedział, ale jego głos wcale nie brzmiał groźnie, ani nawet karząco. Brzmiał miękko i przyjaźnie, dlatego powoli, choć niechętnie oddałam mu moją własność. – Przyjdź po niego po lekcjach. – kiwnęłam twierdząco głowo. – No więc, wracamy do lekcji. Na czym ja to skończyłem?
            W porze lanczu stołówka była cała pełna tak, jak się spodziewałam. Wycofałam się z niej i poszłam w stronę auli. Drzwi były otwarte, a skoro tak, to najwyraźniej każdy mógł tam wejść. Więc tak też zrobiłam. Wewnątrz panował półmrok, jedynie scena była oświetlona, a na niej stała jakaś dziewczyna z prawdopodobnie scenariuszem w ręce, ponieważ co chwilę do niego zerkała i mówiła jakiś monolog.
                - Nazwa twa tylko jest mi nieprzyjazną, boś ty w istocie nie Montekim dla mnie. Jestże Monteki choćby tylko ręką, ramieniem, twarzą, zgoła jakąkolwiek. Częścią człowieka? O! weź inną nazwę! Czemże jest nazwa? To, co zowiem różą, pod inną nazwą równieby pachniało; Tak i Romeo bez nazwy Romea, przecieżby całą swą wartość zatrzymał. Romeo! porzuć tę nazwę, a w zamian. Za to, co nawet cząstką ciebie nie jest, weź mię, ach, całą!  - w ostatnim zdaniu zawahała się i mruknęła coś niezrozumiałego pod nosem, po czym wzięła głęboki wdech i westchnęła głośno – Weź mię, ach całą!
            Dziewczyna jeszcze przez dziesięć minut próbowała idealnie westchnąć ostatnie zdanie, ale niestety marne były tego skutki, ponieważ wciąż brzmiała zbyt sztucznie. Brunetka wyjęłam kanapkę z plecaka i zaczęła cicho jeść obserwując czarnulkę. Teraz próbowała ona naśladować zmartwioną oraz zagubioną dziewczynę chodząc ponuro wokoło. Celody zachichotała, nie mogąc się powstrzymać.
            - Ktoś tu jest? – zawołała, a jej głos odbił się echem od ścian. Melody momentalnie zamilkła i zatkała sobie  ręką buzię, chcąc przestać się śmiać, ale zamiast tego dławiła się tym.
            - Jestem tu! – zagrzmiał głos szatyna, który wstał ze swojego miejsca tuż za chichoczącą wcześniej brunetką. Teraz jej serce biło tysiąc razy szybciej, ponieważ nie spodziewała się tak, jak dziewczyna na scenie że ktoś jeszcze może tu być i siedzieć tuż za nią. – Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko! – parsknął śmiechem. – Wybacz, ale ta gra w Julkę nie za bardzo ci wychodzi. Pokazać ci jak się gra? – był już tuż przed sceną.
            - Nie. – warknęła i uniosła głowę wyżej z godnością. – Nikt, a zwłaszcza ty nie będzie mi mówił jak mam grać.
            - Ah, niemal poczułem się urażony. – parsknął śmiechem wskakując jednym, zwinnym ruchem na scenę i znalazł się niebezpiecznie blisko dziewczyny. – A więc, pierwsza lekcja. Żeby dobrze grać, musisz wczuć się w rolę, poczuć na własnej skórze jak to jest tracić kogoś, kogo się kocha.
            Melody przysięgłaby, że nawet z tej odległości dostrzegła twarz szatyna wykrzywioną w bólu, ale kiedy ona tak na niego patrzyła, on przyłapał ją na tym. Poczerwieniała i schowała się głębiej w siedzeniu, po raz kolejny tego dnia.
***
            W sumie nie wiedział dlaczego to robił – ratował nieznaną sobie dziewczynę. Mógł przecież oddać ją w ręce Lany Smith, która jak wszyscy wiedzieli była donosicielką i nie potrafiła trzymać języka za zębami. Przez te kilka lat niewiele się zmieniła. Może tylko jej twarz stała się odrobinę poważniejsza, a włosy urosły a poza tym? To wciąż mała, przestraszona Lana.
            - A ty może wiesz jak to jest? – wycedziła przez zęby. Może jednak się mylił? Może się zmieniła? Ale to na jej niekorzyść.
            Przypomniał sobie jej szeroki uśmiech ukazujący zawsze szereg białych zębów, lśniące oczy z podekscytowania oraz wiecznie chłodne dłonie. Pamiętał, że kiedy gotowała zawsze wiązała włosy w luźny kok, a parę kosmyków zawsze opadało jej na czoło a to irytowało blondynkę. Wtem scena się zmieniła. Zobaczył ją na gorącym asfalcie całą we krwi oraz z siniakami na całym ciele. Pamiętał jak ogarnęła go furia. Kto śmiał? Kto śmiał zrobić to jej? Jego matce? Czym ona zawiniła? Chciał dorwać go, dorwać kimkolwiek był i walić pięściami w twarz aż zacznie błagać o wybaczenie.
            - Ty, na pewno nic nie wiesz. – warknął i trąciłem ją gwałtownie w ramię.
            Szedł szybko w stronę tylnego wyjścia. Nie oglądał się w tył, nawet wtedy kiedy Smith upadła pod siłą ramienia Elliota. Musiał po prostu wyjść, ponieważ w auli dusił się wspomnieniami. Pchnął metalowe drzwi i wypadł na zewnątrz. Wyjął papierosa z paczki w kieszeni, po czym zapalił go. Zaciągnął się dymem i wciągnął go do płuc, aby potem go wypuścić a razem z nim jego furię.
            - Przepraszam, ja… - nawet nie zauważył, że brunetka pobiegła za nim. Stała właśnie w drzwiach zmieszana, nie wiedząc co ma powiedzieć i co ma myśleć. – Chciałam,.. – zaczęła znów, ale zakrztusiła się dymem i zaczęła kaszleć.
            Elliot nawet nie drgnął. W ogóle nie zareagował. Zaciągnął się jeszcze raz po czym rzucił skręta na chodnik i go przydeptał. Rzucił chłodne spojrzenie brunetce i ominął ją, wchodząc do środka. Właśnie zadzwonił dzwonek na lekcje, lecz chłopakowi nie śpieszyło się. Całkowicie wyluzowany szedł na lekcję.
            - Znowu spóźniony. – warknął na niego nauczyciel i posłał mu groźne spojrzenie, lecz Elliota to bardziej rozśmieszyło niż przeraziło, ale na szczęście powstrzymał się od wybuchnięcia gromkim śmiechem. Usiadł w czwartej ławce pod oknem i rozprostował nogi.
            Zignorował ciekawskie spojrzenia rzucane w jego stronę. Kiedy usłyszał głośne szepty tuż nad jego uchem „ON wrócił”, „Chyba będziemy musieli się przeprowadzić” nie wytrzymał. Wstał gwałtownie i spojrzał gniewnie na przerażone dziewczyny, siedzące tuż za nim. Teraz milczały, niezdolne do powiedzenia chociażby jednego słowa.
            - Wilkins! Siadaj, albo do dyrektora pójdziesz. – upomniał go nauczyciel już lekko wytrącony z równowagi, widząc swojego starego ucznia stojącego na środku klasy.
            Chłopak niechętnie usiadł i zaklinał siebie w myślach, że stracił kontrolę przez jakieś głupie szepty. Kiedy zadzwonił upragniony dzwonek on, jako pierwszy wybiegł z klasy, ponieważ nie mógł wytrzymać dłużej w tym miejscu. Szkoła działała na niego jak alergia, dlatego odpuścił sobie pozostałe lekcje. Wyszedł z budynku po drodze potrącając kilku uczniów, którzy chcieli coś zawołać, ale widząc Elliota natychmiast milkli.
            Ruszył w kierunku oceanu. Doskonale pamiętał tamto miejsce, do którego często przybiegał, kiedy miał trudne chwile i nie tylko w szkole, ale też w domu. Czuł się tam bezpieczniej niż u siebie w pokoju. Po dziesięciu minutach był na miejscu. Przeskoczył niewielki murek i wylądował tuż na niewielkiej skale. Usiadł, a jego włosy zmierzwił wiatr, otulając całe ciało Elliota. On przymknął oczy, rozkoszując się szumem oceanu oraz skrzeczeniem mew. Był sam, co mu bardzo odpowiadało. Żadnych wścibskich pytań, podejrzanych szeptów, czy strachliwych spojrzeń.
            Pamiętał jak, mając dwanaście lat przybiegł tutaj trzymając za rękę dziewczynę, która wówczas bardzo podobała się wszystkim chłopcom, w tym również Elliotowi. Ona pomogła mu kilka razy w matematyce, a chłopak był tak zakochany, że zdobył się pokazać jej swoje miejsce. Miejsce, które nie wyjawił nawet najlepszemu przyjacielowi. Dziewczyna ucieszyła się widząc ocean i zbiegła z małego klifu na plażę. Następnego dnia powiedziała o tym miejscu przyjacielowi Elliota, a ten zrobił mu poważną awanturę. Nawrzucali sobie wszystkie te rzeczy, których wcześniej nie mieli odwagi powiedzieć na głos. Do kłótni włączyli blondynkę. Przyjaciel bruneta jej bronił, lecz Elliot wypomniał jej, że przecież miała nikomu o tym miejscu nie mówić. Dwa dni później dziewczyna nie żyła… Wszyscy podejrzewali tylko jedną osobę – Elliota, ponieważ widzieli jego wyraz twarzy, wykrzywioną we wściekłości.
            W kącikach oczu pojawiły się pierwsze łzy, które niezdarnie otarł i zacisnął mocno powieki, aby nie dopuścić do kolejnych. Cholera, on przecież jest twardy, nie płacze, nie okazuje swojej słabości. Przeklął pod nosem i otworzył oczy, tym razem całkiem pozbawione ludzkich uczuć.
            Siedział tam jeszcze godzinę, po czym wrócił do domu. Już w progu powitał go Szczęściarz ochoczo, machając ogonem i szczekając radośnie na widok pana. On podrapał kundelka za uchem, wchodząc do środka. Rzucił plecak w kąt pokoju i wyszedł na taras ze szkicownikiem w jednej ręce, a w drugiej trzymał ołówek.
            Usiadł na fotelu, przykrywając się kocem a obok niego usadowił się Szczęściarz. Chwycił za ołówek i zaczął kreślić delikatnie linie. Na początku określił gdzie niebo, a gdzie ziemia, a potem narysował dwa kształty. Jeden z nich – mocniej zarysowany, przedstawiał małego chłopca, a drugi – delikatnie, małą dziewczynkę. Trzymali się za ręce stojąc tyłem w dokładnie tym samym miejscu co kiedyś. Spoglądali na wzburzony ocean, a wiatr lekko rozwiewał włosy blondynki, które sięgały jej do połowy pleców.
            Elliot z każdym kolejnym ruchem ołówka po kartce wylewał z siebie wszystkie, dotąd duszące uczucia. Przyciskał go coraz mocniej na sylwetce chłopca, a dziewczynkę zostawił w spokoju. Efekt był taki, że blondynka przypominała wspomnienie, ducha za którym Elliot tak bardzo tęsknił. Cholera, on nadal kochał tą dziewczynę i nigdy jej nie zapomniał. Pamiętał każdy cal twarzy Caroline, kiedy się uśmiechała oraz również wtedy, gdy zbierało jej się na płacz. Znał ją lepiej niż ktokolwiek inny, znał jej sytuację w domu i starał się pomóc, ale zamiast tego tylko pogorszył sprawę.
            Teraz już osiemnastoletni brunet spoglądał jednocześnie z bólem, a zarazem z nienawiścią w kartkę i podarł ją na strzępy wyrzucając przed siebie, a Szczęściarz, widząc to podskoczył na cztery łapy. Na początku wrogo spoglądał na kawałki papieru, leżące tuż przed nim, ale kiedy zorientował się, że z panem coś nie tak od razu skoczył na dwie łapy, opierając się o fotel Elliota. Spojrzał żałośnie swoimi dwoma ślepiami na chłopaka domagając się pieszczot oraz próbując go pocieszyć. Brunet tylko uśmiechnął się przez łzy i podrapał go po łebku.
            - Elliot? – głos ciotki wydobywał się z wewnątrz domu.
            Brunet nie odpowiedział, tylko przywołał na twarz obojętność i wstał ignorując skaczącego wokoło niego kundelka. Wszedł do środka stojąc naprzeciwko kobiety. Ona uniosła wyczekująco brwi, a nastolatek nie bardzo wiedział co ma zrobić.
            - No co? – zmarszczył brwi.
            - Znalazłam to w łazience. – rzuciła w Elliota małym woreczkiem.
            Kiedy brunet zobaczył to, zbladł.
            - Od kiedy bierzesz? – chłopak widział ile kosztowało kobietę wypowiedzenie tych słów, ale mimo wszystko nie potrafił odpowiedzieć. – Od kiedy do cholery?! – krzyknęła, a w jej oczach zalśniły łzy.
            - Maryse… - zaczął, ale ona upadła na podłogę i zaczęła płakać.
            Brunet nie wiedział co ma robić, więc uklęknął obok niej, obejmując ją swoimi ramionami. Położył głowę ciotki na swoim ramieniu, która zdążyła w ciągu kilku sekund zmoczyć mu koszulę, ale nie przejmował się. Kołysał delikatnie Maryse, która powoli się uspokajała.
            Elliot nie zamierzał przepraszać za to, że bierze, ponieważ uzależnił się tak bardzo, że nie potrafił przestać i błaganie go, albo płacz nie przekonywały go. On musiał ćpać, bo tylko tak udaje mu się wyłączać przeszłość. Świat staje w kolorowych barwach i nie żałował wtedy tego, co zrobił kiedyś. Jego sumienie cichło.
            Lecz chłopak zaczął brać już kiedyś, przed wyjazdem do NY i przez to, nie zauważył jak straci przyjaciół, dziewczynę…. Stał się wrogiem numer jeden. Pod działaniem narkotyków robił straszne rzeczy, których potem nie pamiętał, dlatego ludzie w całym NH się go boją, ponieważ Elliot potrafił być nieobliczalny.
            - Proszę… - wyszeptała błagalnie ciotka, lecz Elliot tylko ją uciszył dalej kołysząc.
            Nie potrafił jej obiecać.

Od autorki: Mam nadzieję, że wam się spodobał rozdział i proszę was o szczere opinie, ponieważ jest to mój pierwszy tego typu blog, czy opowiadanie i bardzo mi zależy na tym, aby zobaczyć waszą opinię.

ROZDZIAŁ 1



            Od śmierci Lionela Evansa minął cały rok, ale wspomnienie jego wypadku samochodowego z którego Melody ledwo uszła z życiem, wciąż siedziało w głowie dziewczyny. Nadal nie mogła się otrząsnąć z faktu, że już nigdy nie zobaczy ojca, który ją wychował. Nie, nie była to matka, ponieważ ona nie miała dla niej czasu, lecz ojciec. Dopiero on musiał zginąć, aby rodzicielka dostrzegła własną córkę. W tamtej chwili nie liczyło się nic poza tym, że obie straciły kogoś kogo kochały. Stratę Lionela silnie przeżył również najmłodszy z Evansów – Collin, młodszy brat Melody. Tak jak co dzień siedział w ogrodzie po południu czekając na tatę, aby móc się z nim pobawić, lecz on nie przychodził. Chłopiec zrozumiał to dopiero po upływie miesiąca.
            A co było najgorsze? Lionel zginął podczas wypadku samochodowego, kiedy to uczył Melody jazdy. Nie kłócili się, jechali umiarkowanym tempem i spokojnie. Tylko… tylko wystarczyła jedna sekunda nieuwagi, a cały świat  zawirował przed oczami. Bocznym pasem potrąciła ich ciężarówka, z tej strony z której siedział ojciec dziewczyny. Melody wciąż pamięta widok dwóch okrągłych halogenów oraz przerażoną minę taty.
            Dlatego też matka dwojga rodzeństwa postanowiła wrócić do miasteczka, gdzie się urodziła, wychowała i wreszcie… poznała Lionela – New Heaven. Niegdyś było to spokojne miasteczko. Każdy każdego znał, nie było żadnych afer, czy zamieszek. Człowiek czuł się swobodnie jak w domu. Przyjemna atmosfera panowała i w domu i na ulicach New Heaven.
            Teraz jednak nie dajcie zwieść się nazwie. Ona najmniej pasuje do tego miejsca, gdzie wydarzyło się tyle okrucieństw. Nowe Niebo już nie było tym samym miasteczkiem co kiedyś. Ludzie rzadko wychodzili wieczorami na dwór, ponieważ bali się, że On nadal może tu być. Może czaić się gdzieś za rogiem i tylko czekać na odpowiedni moment, aby wyskoczyć ze swojej kryjówki. Żaden człowiek nie potrafił zaufać drugiemu, w końcu nie wiadomo kto dla niego pracuje.
            Theresa nie wiedziała o tym co miało miejsce po jej wyjeździe do Chicago z mężem i dziećmi. Nie kontaktowała się ze swoją starą przyjaciółką – Casey, która przecież była niczym siostra dla kobiety. Tęskniła za nią, ale kontakty się urwały. Teraz jednak kiedy wróciła postanowiła sobie, że musi odnaleźć swoją przyjaciółkę i odnowić znajomość.
            Melody po części cieszyła się z przeprowadzki do innego miasta, ponieważ może w końcu zapomni o stracie ojca, ale z drugiej strony już zaczęła tęsknić za bieganiem w Lincoln Parku, za lodami u Big Joe’go, za zakupami z najlepszą przyjaciółką.
            Collin natomiast ucieszył się jak nigdy na wieść o tym, że wyjeżdżają z Chicago, ponieważ miał dosyć szkoły do której chodził. Był dręczony codziennie przez rówieśników tylko dlatego, że rodzina Evansów nie była za bardzo zamożna i nie było ich stać na markowe ubrania, czy porządne buty i plecak.
            - Ja biorę pokój na górze! – zawołał chłopak biegnąc schodami, po drodze omal się nie przewracając. Matka Collina roześmiała się. W końcu była szczęśliwa wracając tutaj, gdzie mieszkała przez najmłodsze lata swojego życia.
            - No nie. – jęknęła Melody, która też chciała mieć pokój na górze, ale skoro Collin już tam jest to ona nie ma zamiaru kolejny raz popełnić tego błędu i mieszkać koło niego. Ostatnim razem gdy tak zrobiła, młodszy brat nie dawał jej spokoju, ponieważ ciągle tłukł się w swoim królestwie, a dziewczyna nie mogła się skupić.
            - Jest jeszcze pokój koło kuchni, tam za schodami. – powiedziała rodzicielka, mrugając znacząco do Melody.
            Brunetka spojrzała na nią podejrzliwie i położyła walizkę na ziemi udając się w tamtym kierunku. Minęła kuchnie oraz schody, po czym zauważyła drewniane drzwi. Niepewnie chwyciła za klamkę, bojąc się co zaraz zobaczy, ale nie było czego się obawiać. Kiedy otworzyła drzwi ujrzała mały pokój pomalowany na morski kolor. Łóżko znajdowało się tuż pod oknem, obok niego nocna szafka a naprzeciwko biurko oraz szafki. Matka dziewczyny dobrze wiedziała, że córka będzie chciała mieszkać z dala od młodszego brata, dlatego zaprojektowała ten pokój idealnie dla Melody.
            Dziewczyna wróciła do przedpokoju i chwyciła za walizki, po czym wróciła do pokoju i odstawiła je na miejsce. Podeszła do okna, po czym odsłoniła zasłony. Jej oczom ukazały się drzwi prowadzące na taras. Melody wygięła usta w lekkim uśmiechu i wyszła na zewnątrz. Ciepły wiatr otulił jej drobne ciało, a promienie słońca zdawały się palić bladą skórę dziewczyny. Usiadła na miękkim fotelu wpatrując się w ogród.
            - Bardzo ładny. – odezwał się chłopak stojący za ogrodzeniem.
Posłał Melody lekki uśmiech. Brunetka zamrugała oczami i odwzajemniła go. Wstała podchodząc do płotu.
- Dziękuję. – odpowiedziała.
- Więc jesteście moimi nowymi sąsiadami… - westchnął i rozejrzał się.- Jestem George.
- Melody. – tak jak przewidziała, blondyn odruchowo drgnął kiedy usłyszał jej imię.
- Bardzo ładne. – uśmiechnął się do dziewczyny odruchowo przeczesując włosy, co wprawiło brunetkę w zakłopotanie, ponieważ jej kudły nie były za bardzo pielęgnowane. Nierówno obcięte, rozdwojone końcówki i do tego była jeszcze rozczochrana, przez dość długą jazdę samochodem. – Śpiewasz, albo grasz?
- Nie. – zachichotała Melody. To było takie do przewidzenia. – Ja wolę biegać od takich artystycznych rzeczy.
- Rozumiem. – pokiwał głową i przypatrywał się dziewczynie z zaciekawieniem, próbując wyczytać w niej coś, co by było podejrzane, ale nic takiego nie zobaczył. – Może pokazałbym Ci miasto? – zaproponował.
- Melody! – jej matka wołała brunetkę z kuchni. – Rozpakowałaś się?
- Nie! Ona flirtuje z jakimś chłoptasiem! – krzyknął Collin śmiejąc się głupio i patrząc przez okno na siostrę.
- Collin! – zawołała zawstydzona Melody. – Przepraszam Cię… muszę iść. – rzuciła Georgowi przepraszające spojrzenie i pobiegła do pokoju.
„Niech no dorwę tego małego diabła” – mruczała pod nosem biegnąc po schodach na górę. Aż w końcu dopadła drzwi młodszego brata. Otworzyła je z hukiem i niczym tornado wpadła do środka. Chwyciła Collina pod pachy i uniosła w górę. Młody chłopak zaczął piszczeć i wierzgać się na wszystkie strony.
- Trzeba było nie podpatrywać i nie robić mi wiochy. – parsknęła śmiechem, kręcąc się razem z bratem wokoło.
- Puuuuść, obiecuję że będę grzeczny! – zapiszczał. Na te słowa Melody wybuchła śmiechem. Nie wierzyła bratu, ponieważ on zawsze tak obiecywał a i tak w ogóle się nie zmieniał.
- Dzieciaki chodźcie na obiad! – zawołała matka rodzeństwa.
Melody puściła brata. Przez kilka sekund spoglądali na siebie porozumiewawczo, po czym oboje rzucili się  do drzwi biegnąc na dół po schodach. Wpadli z hukiem do kuchni i usiedli wyczekująco przy stole.
- Rozpakowani, czy nie? – westchnęła Theresa kładąc na stół stos naleśników a obok syrop klonowy.
- Ja tak. – powiedział Collin biorąc jeden naleśnik i pakując go sobie szybko do buzi. Wziął następnego i wylał dość sporo syropu na niego, po czym zaczął oblizywać naleśnik.
- Col! To obrzydliwe… - wzdrygnęła się kobieta, a Melody tylko wywróciła teatralnie oczami. – Zachowuj się! – upomniała syna, jednakże on nic sobie z tego nie robił. Kobieta w końcu zrezygnowana usiadła i również zaczęła jeść.
- Bardzo ładnie zaprojektowałaś dom. – powiedziała uprzejmie Melody.
Stosunki jej z rodzicielką nadal nie układały się najlepiej, pomimo śmierci Lionela. Dziewczyna miała żal do Theresy, że ta poświęcała jej mało swojego czasu. Praktycznie nie znała swojej córki, nie wiedziała o niej nic. To ojciec zawsze był przy niej, to właśnie on dzielił z córką najwięcej czasu, mieli wspólne wypady do kina, czy też kolacje w ogrodzie. To ojca najbardziej kochała, a matka… po prostu istniała, lecz Melody czuła jakby w ogóle jej nie miała.
- Dziękuję. – kobieta uśmiechnęła się nieco zmieszana. – Został tydzień do szkoły. – przypomniała dzieciom, a Collin jęknął. – Ale nie martwcie się. Zadbałam o to, żebyście uczyli się niedaleko siebie, w razie czego. -  posłała córce znaczące spojrzenie, a ona kiwnęła lekko głową.
- Nie potrzebuję niańki. – brunet burknął pod nosem rozprowadzając syrop palcem po całym naleśniku, po czym je oblizał i wsunął go do buzi.
- Melody zabierz brata po obiedzie na dwór i poznajcie miasto. – powiedziała kobieta.
- Dobrze. – skinęła twierdząco głową, mimo iż irytowało ją to, że matka mówi jej co ona ma robić. Dziwne, że tak nagle zainteresowała się czasem wolnym swoich dzieci.
***
Czekoladowe tęczówki wpatrywały się w krajobraz zza szyby, ale myśli szatyna były puste. Nie słuchał słów które płynęły z ust kobiety, która siedziała za kierownicą. Mówiła coś wesołego, lecz chłopak tylko kiwał głową. Nie miał za bardzo ochotę oraz humoru na rozmowę. Nie podobał mu się pomysł wracania do New Heaven. Zbyt dużo tu przeszedł, za dużo wspomnień. Wyjechał do Nowego Jorku aby zacząć nowe życie, jednak tam tylko pogorszył swoją sytuację… Stracił matkę w wyniku strzelaniny na ulicy Wall Street, a ojca od dawna nie widział. Wiedział tylko to, że mieszka we Francji, nic poza tym. Był jedynakiem, więc ciężko było mu samemu żyć…
Teraz jechał razem z ciotką do jej domu, gdzie miał zamieszkać ponownie. Kobieta była młodszą siostrą jego matki, jedyną rodziną która mu pozostała, która chce go znać. Inni wolą nie przyznawać się do takiego członka rodziny. Nawet wśród niej krążyły plotki, które po raz pierwszy usłyszał zabolały, lecz potem przyzwyczaił się do tego. Już nie obchodziło go zdanie innych. Postępował według własnych zasad i reguł.
- No i jesteśmy! – zawołała uśmiechnięta ciotka Maryse.
Chłopak spojrzał na skromny biały dom z małym ogródkiem. Już gołym okiem było widać, że kobieta mieszkała samotnie. Nigdy nie miała męża, chociaż kochała tego jednego, lecz on był dla niej nieosiągalny. Nigdy nie mogła powiedzieć mu co czuje, nawet jeśli on to uczucie odwzajemniał. Ten związek po prostu nie był im pisany.
Obydwoje wysiedli z auta. Szatyn otworzył bagażnik, po czym wyjął jedną małą walizkę i poszedł za ciotką. Ona pokazała mu jego pokój oraz łazienkę i kuchnie. Szatyn poszedł do małego pokoju na poddaszu aby się rozpakować. Przetarł rękawem bluzy zakurzone okno i spojrzał na ogródek, w którym błąkał się jakiś mały kundelek.
Elliot zmarszczył brwi, po czym zszedł na dół do ogrodu. Pies na jego widok zapiszczał i rzucił się w stronę chłopaka. Zaczął szczekać radośnie jakby witał dawno oczekiwanego pana. Kundelek skakał dookoła Elliota, a ten po raz pierwszy szczerze uśmiechnął się bezinteresownie. Pogłaskał go po małym łebku.
- Co ty tu robisz mały? – powiedział tarmosząc go ze śmiechem za uszy.
- To Szczęściarz. Kupiłam go niedawno od takiego małżeństwa, które chciało go utopić. Biedactwo, nie mogłam na to pozwolić. – odezwała się ciotka, wchodząc na teren ogrodu. Kucnęła przy kundelku i podrapała go.
Elliot nie odpowiedział, tylko głaskał nadal Szczęściarza. Ten szczeknął kilka razy i zaczął machać radośnie ogonkiem oraz skakać wokoło chłopaka. Kiedy on spoglądał na kundelka, można było zobaczyć miłość w jego oczach. Pokochał tego psa od pierwszego wejrzenia. Był taki radosny, szczęśliwy oraz beztroski. On również pokochał swojego pana, mimo iż nie znał jego przeszłości, która była dość brutalna.
Zacmokał kilka razy i udał się w kierunku domu. Pies posłusznie pobiegł za nim i nie odstąpił swojego pana ani na krok. Towarzyszył mu w drodze do kuchni. Tam znalazł w jakiejś dolnej szafce karmę, po czym wsypał ją do miski. Szczęściarz spojrzał na swojego pana i momentalnie zaczął wcinać pokarm.
Brunet poszedł do pokoju i usiadł na łóżku. Nie miał zbyt wiele rzeczy do pakowania, więc wszystko powinno zejść szybko, sprawnie. Wyjął ubrania i schował je do szafki. To samo zrobił z przyborami toaletowymi w łazience. Elliot nie posiadał osobistych rzeczy, nie lubił się do nich przywiązywać, dlatego też wszystkie spalił w kominku, kiedy wyjeżdżał do NY. Zostawił tylko jedno zdjęcie, na którym był on z obydwojgiem rodziców. Nie potrafił się z nim rozstać, więc ukrywał go pod starą deską na podłodze, która od zawsze leżała luzem. Nie wiedział o tym nikt, oprócz niego i to mu pasowało. Gdyby ktokolwiek odkrył, że czuje, że kocha i tęskni… wtedy poznaliby jaki jest słaby, a do tego nie chciał dopuścić.
Już i tak jego reputacja była zszargana, ale jemu nie chciało się jej naprawić. Pozwalał, aby najokrutniejsze plotki o nim aż huczały w mieście, pogodził się z tym, że taki jego los. Obojętność z czasem towarzyszyła mu wszędzie, w rodzinie również. Już nie mógł nad tym zapanować. Wszystkich traktował tak samo – obojętnie. Był typowym outsiderem, lecz Elliotowi to nie przeszkadzało.
Kiedy już był w pełni rozpakowany, postanowił pójść na miasto i odświeżyć w głowie jego mapę. Po części nawet tęsknił za tym miejscem, ponieważ Nowy Jork był dla chłopaka za duży. Zbyt wiele ludzi się tam kręciło, zbyt wiele zaułków i ulic.
Wcześniej ciotka próbowała go zatrzymać oraz dowiedzieć się, gdzie idzie, lecz on nie odpowiedział. Po co miała wiedzieć ? Jeszcze by zaczęła go ostrzegać przed niebezpieczeństwem, które czyha za rogiem.
Gdyby wiedziała, że to on jest tym zagrożeniem…

Od autorki: No, kochani zaczęły mi się ferie, więc może będę dużo pisać, aby mieć rozdziały na zapas, ale to dopiero w drugim tygodniu, bo w pierwszym jadę na Kalwarię Pacławską. Dziękuję za wasze miłe komentarze, mam nadzieję że wam się spodoba moje opowiadanie. Jak ktoś chce być informowany to proszę zostawcie pod rozdziałem swój adres bloga, bądź TT :)

PROLOG



Wrócił. Wraz z nim fala morderstw. Wszyscy posądzają o to jego, jedyną osobę przez którą miasto cierpiało. Wyglądał tak niewinnie, ale przecież pozory mylą. Duże, okrągłe oczy wcale nie wyglądały jak oczy szaleńca, czy mordercy, lecz mimo wszystko ludzie ginęli, a wszystkie ślady były skierowane właśnie na niego.

Wróciła, choć wcale tu nie mieszkała. New Heaven było miasteczkiem, w którym urodziła się, ale czy zdolna by była pokochać to  miejsce? Miejsce, gdzie przelało się tyle niewinnej krwi? Lecz ona nie wie. Ani o tym, ani o innych przerażających zdarzeniach, które miały miejsce właśnie w New Heaven. Nie waha się również zaprzyjaźnić z mordercą, choć wszyscy ją przed nim ostrzegają.

Był tu. Wiedział, że on kiedyś wróci. Tylko czyhał na to, czekał na dawno zapowiedzianą zemstę. Ona była jedyną rzeczą, która pozwalała mu odreagować po śmierci ukochanej.

Była tu. I nigdy nie zapomniała o nim, o tym ile cierpiała przez niego. Kłamstwo towarzyszyło jej przez cały czas. Była zbyt zraniona, zbyt słaba, aby pozwolić mu odejść. Nigdy nie przestało jej na nim zależeć.